22.11
Prawie rok. Tik, tak. 3 godziny w tę, czy w tamtą. Co za różnica? To tylko kalendarz, kolejne dni mijają, bo muszą minąć. Takie już ich przeznaczenie. Kilka złożonych ze sobą w określony sposób cyferek nie powinno mieć dla nikogo aż tak wielkiej wartości.
Chyba już trochę za późno na wmawianie sobie takich rzeczy.
Los bywa okropnie ironiczny. Parę miesięcy temu nigdy nie pomyślałabym, że chciałabym mieć już listopad za sobą. I święta. I sylwestra. Cóż.. Po podliczeniu wszystkich możliwych kombinacji, dat i wydarzeń, mogłabym ominąć całe życie. A to nie byłoby najlepsze wyjście.
Cierpliwość. Jak długo można czekać? Ile. Dwa miesiące, pół roku, dwa lata, pięć? Ciężko jest się dostosować, kiedy w umowie nie podano terminu odbioru.
Z każdym słowem coraz bardziej się pogrążam. Chyba już nie potrafię pisać o sobie. Z czasem wszystko przychodzi trudniej, każde zdanie zdaje się być zupełnie obce, jakbym wystukiwała litery w pustkę. Czy tak jest ze wszystkim? Nie chcę już nic tracić. Nie w ten sposób. Nie poprzez zapomnienie.
Nic się nigdy nie kończy, dopóki nie postanowisz, że zostało zakończone. Patrząc na to w ten sposób, chyba niezupełnie nie pozostawiono mi wyboru. Przynajmniej tyle dobrego..
Zmęczenie. Zaczynam przyzwyczajać się do zarywania nocy i wstawania przed wschodem słońca. "Przyzwyczajać się". Podobno na uruchomienie tego procesu człowiek potrzebuje 21 dni. 21 dni bycia lepszym człowiekiem. 21 dni prawdy. 21 dni uśmiechu. 21 dni nie myślenia o przeszkodach i wątpliwościach. Czy życie nie byłoby wtedy łatwiejsze?
I co tak się gapisz...?
2008-11-22 21:38:35
skomentuj (2)
26.05
"Happy Birthday!"
I co tak się gapisz...?
2008-05-26 00:13:19
skomentuj (2)
30.04
Dobra. Pora tu trochę odkurzyć, bo się pająki jeszcze wylęgną.
Cieplej, cieplej. Kwiatki na dworze, słoneczko wychodzi, ludzie się zakochują, zrywają, wracają do siebie, a wszystko przy pięknym akompaniamencie słowików tudzież innych workopowietrznych (byle nie gołębi - osobisty wstręt z przeszłości). Jak już wrócą, to się wszyscy namawiają i jak jeden mąż idą oglądąć czerwone słońce nad Wisłą. Ciągnie się taka procesja, wydeptuje tą biedną dróżkę, nijak wyminąć, a już o siadaniu gdziekolwiek nie ma nawet mowy. Wszystkie miejsca zajęte, zaklepane, zarezerwowane. Przynajmniej nikt mi się nie sadza na własnościowo wydzierżawiony kawałek murka. Korektor skutecznie odstrasza intruzów. Swoją drogą, nie wiedziałam, że zachody są teraz takie modne. I jak tu być oryginalnym?
Płaczę całymi dniami, łzy tak niemiłosiernie napływają do oczu, że już nawet chusteczek brak. Każdy, najmniejszy nawet pyłek jest dobrym powodem do zachwiania się równowagi. Bynajmniej nie emocjonalnej, z tą jest względnie wszystko w porządku. Beznadziejna, beznadziejna alergia. Słyszałam, że jak podotykam jakieś świecące kule to mnie napromieniuje i wszystko ze mnie wypadnie, łącznie z uczuleniem. Potwierdzone przez lekarzy. Kurcze, fajnie by było.
Kręci się, kręci. Testy napisane, krew pobrana, Grycany zaliczone. Odhaczyć. Cóż, nie ma to jak uporządkowane życie, a przynajmniej jakiś cień iluzji, że takie właśnie jest.
30 kwietnia. Za godzinę mamy maj. Maj, w którym wszystkie sprawy roku 2008 skupiły się w sobie i zwaliły na łeb, zupełnie jak ten młot. Chociaż.. nie powiem, żebym narzekała. W końcu wiele się może zdarzyć, wliczając ekspresową karierę bodyguarda wyspecjalizowanego w sytuacjach skrajnie ekstremalnych. Niezaprzeczalnie szykuje się ciekawy miesiąc.
Od kiedy długi weekend trwa cztery dni? Chore. Mógł się Grzesiek VIII bardziej postarać, jak zatwierdzał ten cały kalendarz.
Tak właśnie. Dobranoc.
I co tak się gapisz...?
2008-04-30 23:11:30
skomentuj (2)
1 lutego
No, proszę. Obyło się bez notki noworocznej, mogę za to śmiało powiedzieć, że już ochrzciłam rok 2008. W końcu każdy sposób jest dobry..
Jakoś ciężko pisać. O czymkolwiek. Tak więc się nosiłam, woziłam, gryzłam, drapałam, snułam, szczułam (napisałabym więcej ale inwencja się skończyła) aż do dzisiaj. Nie, to nie jest żadna specjalna data. Ot tak, po prostu. Zupełny spontan, prawie jak te koty, te biedne zwierzęta co sobie żyją spokojnie, dopóki nagle nie zobaczą mnie za rogiem i nie włączy im się instynkt Czarnego Kota3000, by potem już nie odstępować mnie na krok, a raczej nie odstępować okazji przebiegnięcia mi drogi.. no nie ważne.
Jakoś nie mogę się przyzwyczaić do tego nowego bloga. Nie wiem ile to utrojstwo już istnieje, ale miałam sentyment do starego panelu. Żeby nie było, nie mam nic przeciwko zmianom, zmiany rocks.
Czyli wychodzi na to, że jutro mam ten cały bal. Po bliższych oględzinach jedzenia które znajdzie się na stołach mam poważne wątpliwości co do tego, czy w ogóle wyjdę z sali klasowej (...)
Dziwnie. Wszystkie te sprawy tak się zawzięły w sobie i namówiły, że mają zamiar zmienić swój sposób postrzegania rzeczywistości i pójść dobrze.. ale ja nie narzekam.
Chyba minęłam kolejny rozdział. Nawet jeśli nie minęłam, to definitywnie jeden skończyłam. Jest jakoś tak lżej, spadł odsetek poczucia odpowiedzialności, która tak naprawdę nigdy nie powinna mieć miejsca.
Jestem zmęczona życiem. Nie, wróć. Trochę źle to okreśiłam, czuję się znakomicie et cetera, po prostu na głowie usiadło mi zbyt wiele rzeczy. Szkoła znowu zaczyna się rozkręcać, wszyscy sobie nagle o mnie przypomnieli, komórka ciągle dzwoni i piszczy (i się wyłącza przy okazji, mam nadzieję, że to już ostatnie chwile z tym gruchotem, bo jak słowo daję w końcu cisnę nim o ścianę), angielski wpadł na bardzo high obroty i ile bym się nie narobiła to i tak jest za mało, pozatym doba chyba zaczęła się sukcesywnie skracać. Nim się obejrzę robi się godzina x po północy i mój organizm mimowolnie rozpoczyna cykl kolejnego dnia. Potrzebuję tygodnia intensywnego wypoczynku psychicznego. Ojj tak. Blow, make a wish? Cóż, ten odpoczynek wbrew pozorom zbliża się wielkimi krokami. Muzykę dla moich uszu i czerwonego emenemsa na podniebieniu wywołuje jedno malutkie, acz pięknie w swej prostocie słowo: ferie.
I co tak się gapisz...?
2008-02-01 00:45:48
skomentuj (3)
23/24 listopada
Gardło boli mnie wzdłuż i wszeż. Śmiało moge powiedzieć, że poświęciłam się dla sprawy. Ale było warto..
Zagłuszenie pięciu tysięcy wyjących decybeli to naprawdę nie lada wyczyn. Cóż, z tym się trzeba po prostu urodzić!
W tym momencie jestem w stanie zrobić totalnie wszystko.
Z taką siłą przebicia niedługo podbijemy świat, to dopiero będzie przejście do historii.. Chociaż i tak już pokazałyśmy na co nas stać. A pokładów energii i samozaparcia jest przecież nieskończenie wiele.
Kurczę, nic nie jest niemożliwe. Chyba muszę ucałować tego czarnego kociaka, bo tym razem przyniósł ze sobą sporą dawkę szcześcia.
I co tak się gapisz...?
2007-11-25 01:26:46
skomentuj (5)
!--LAY>